Popularyzacja nauki nie dzieje się dzięki systemowi. Często dzieje się wbrew niemu – wywiad z dr. Tomaszem Rożkiem, fizykiem i popularyzatorem wiedzy | Politechnika Gdańska

Treść strony

Aktualności

Data dodania: 2026-03-18

Popularyzacja nauki nie dzieje się dzięki systemowi. Często dzieje się wbrew niemu – wywiad z dr. Tomaszem Rożkiem, fizykiem i popularyzatorem wiedzy

Rożek
Fot. Jakub Szymczuk
Dr Tomasz Rożek z „Nauka. To lubię” w rozmowie z Barbarą Kuklińską-Nowak o tym, dlaczego popularyzacja nauki zbyt rzadko jest wspierana przez akademicki system, a częściej dzieje się „wbrew niemu”. W wywiadzie opowiada, jak sam doszedł do roli popularyzatora, co blokuje naukowców przed wychodzeniem do społeczeństwa i gdzie przebiega granica między prostym językiem a pogonią za clickbaitem.

Barbara Kuklińska-Nowak: Kiedy Pan, naukowiec, badacz fizyki, zdał sobie sprawę z potrzeby szerokiej popularyzacji nauki i tłumaczenia jej  w przystępny sposób? 
Tomasz Rożek: To nie był jeden moment ani nagła decyzja. Te dwa światy – badacza i popularyzatora – rozwijały się u mnie równolegle. Pierwsze teksty popularnonaukowe pisałem jeszcze na studiach. Nigdy nie było tak, że najpierw byłem wyłącznie naukowcem, a potem pojawił się jakiś impuls i nagle zacząłem popularyzować naukę. Z czasem zmieniały się tylko proporcje. Na początku była to aktywność dodatkowa, później coraz ważniejsza, aż w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że jako badacz przestaję się realizować. Wtedy świadomie zdecydowałem, że swój świat zawodowy zbuduję wokół popularyzacji nauki.

Czy Pana zdaniem naukowcy w wystarczającym stopniu zajmują się dziś popularyzacją nauki? Czy są blisko społeczeństwa? 
Nie do końca. I nie chodzi tu wyłącznie o brak czasu, ale także o brak odpowiednich kompetencji. Popularyzowanie nauki to umiejętność, której trzeba się nauczyć. Oczywiście są naukowcy, którzy mają do tego naturalne predyspozycje albo dużą motywację, ale system szkolnictwa wyższego jest skonstruowany w taki sposób, że nie są za to premiowani. Czasem wręcz do tej działalności dopłacają – finansując materiały na warsztaty, wykłady czy wizyty w szkołach. Nie każdy naukowiec musi być popularyzatorem, ale w środowisku akademickim jest wielu takich, którzy mogliby nimi być. Tyle że obecny system nie wspiera takich postaw. Często popularyzacja dzieje się nie dzięki systemowi, ale wbrew niemu.

Co musiałoby się zmienić, żeby naukowcy chętniej angażowali się w popularyzację?
Na przykład system ewaluacji. Popularyzacja nauki powinna być ważnym elementem tego systemu. Gdyby tak było, badacz nie musiałby się zastanawiać, z której części swojego życia zrezygnować – czy z czasu z rodziną, czy z życia prywatnego – żeby popularyzować naukę.
Dopóki nie będzie formalnej możliwości włączenia upowszechniania wiedzy w życie zawodowe, niewiele się zmieni. Samo mówienie, że „dobrze by było, gdyby naukowcy byli ze swoimi badaniami bliżej ludzi, dzielili się wiedzą”, niczego nie załatwia. Potrzebne są konkretne rozwiązania systemowe i odpowiednie przepisy.

Jakie kompetencje są potrzebne, żeby w ciekawy, prosty sposób przybliżać naukę?
To trudne pytanie, bo im dłużej się tym zajmuję, tym mniej wierzę w gotową listę cech. Na pewno przydaje się komunikatywność, ale to nie jedyna droga. Osoby, które nie czują się dobrze w wystąpieniach publicznych, mogą być znakomitymi autorami tekstów i w ten sposób docierać do odbiorców.

Myślę, że kluczowa jest dziecięca ciekawość świata i przekonanie, że rzeczy są interesujące – nie tylko te bardzo wąskie, którymi zajmujemy się zawodowo. Naukowiec musi umieć zrobić krok wstecz i spojrzeć na swoją dziedzinę z szerszej perspektywy. Musi też mieć gotowość do włożenia wysiłku w tłumaczenie skomplikowanych rzeczy prostym językiem. To nie jest ani łatwe, ani szybkie, bo zamiana naszego naukowego kodu, zrozumiałego dla wąskiej grupy badaczy, w język zrozumiały dla szerokiej publiczności wymaga ćwiczeń i praktyki. Ale warto ten wysiłek podejmować. 

Wielu naukowców obawia się upraszczania, sądząc, że prosty język dewaluuje ich badania.
Moim zdaniem to nie jest obawa przed samym uproszczeniem, ale raczej przed reakcją środowiska. Co powiedzą inni naukowcy? Wyjście do przestrzeni publicznej wymaga odwagi – i to nie tylko wobec odbiorców, ale często przede wszystkim wobec recenzentów czy kolegów „siedzących za ścianą”. W świecie akademickim wciąż silnie funkcjonuje przekonanie, że „poważna” nauka powinna pozostać hermetyczna, a zbyt przystępny język bywa mylony z brakiem rzetelności. Tymczasem uproszczenie formy nie oznacza uproszczenia treści – oznacza jedynie zmianę kodu, tak aby wiedza mogła wyjść poza wąskie grono specjalistów.

tabletki

Gdzie przebiega granica między prostym językiem a clickbaitem? Zjawiska nadmiernego uproszczenia w pogoni za popularnością są teraz coraz bardziej widoczne…
Dla mnie podstawą jest prawda. Fałszowanie przekazu po to, by był prostszy, jest zaprzeczeniem idei popularyzacji. Druga sprawa to sens. Ja zawsze stawiam sobie jedno podstawowe pytanie: czy osoba, która przeczyta lub wysłucha przygotowany przeze mnie materiał, będzie lepiej rozumiała świat? Ciekawostka sama w sobie to za mało. Jeśli informujemy, że urodził się wieloryb z dwiema głowami, to warto dodać: dlaczego tak się stało, jakie są tego konsekwencje, co to mówi o procesach biologicznych. Bez tego zostaje tylko sensacja. 

Czy popularyzator nauki ma prawo do emocji i własnych opinii?
Nie tylko ma prawo – moim zdaniem wręcz powinien je mieć. Emocje są naturalną cechą człowieka. Ważne jest jednak wyraźne oddzielenie faktów od interpretacji. Odbiorca musi wiedzieć, kiedy przedstawiam dane, a kiedy moje intuicje czy opinie.

Dzięki temu buduje się zaufanie, bo czytelnik czy słuchacz nie ma poczucia manipulacji, lecz uczciwego zaproszenia do myślenia. Podawanie samych faktów bez kontekstu i interpretacji niczym nie różni się od czytania encyklopedii – a edukacja i popularyzacja nie polegają na mechanicznym przekazywaniu informacji, lecz na pomaganiu w ich zrozumieniu i osadzeniu w szerszym obrazie świata.

Na zakończenie naszej rozmowy chciałabym zapytać o młodych ludzi, którzy stoją dziś przed wyborem studiów i interesują się nauką, ale nie chcą – albo jeszcze nie potrafią – zdefiniować jednej, konkretnej ścieżki zawodowej. Co powiedziałby Pan tym, którzy boją się, że wybór kierunku ścisłego od razu zamknie ich w jednym scenariuszu na całe życie?
Nie każdy, kto chodzi na siłownię, chce być kulturystą. Dokładnie tak samo jest z nauką. To, że ktoś studiuje fizykę, chemię czy inżynierię, nie oznacza, że musi całe życie spędzić w laboratorium. Studia to przede wszystkim rozwijanie kompetencji i ciekawości świata. Świat bardzo szybko się zmienia i nie wiemy, jakie zawody będą istnieć za pięć lat. Kluczem jest więc szeroki wachlarz umiejętności, a nie ślepe podążanie jedną, wąską ścieżką – czasem tylko po to, by spełnić cudze oczekiwania.

Warto pozwolić sobie na próbę, na zmianę kierunku, na błąd – bo to naturalna część uczenia się świata. Nauka nie jest wyścigiem ani egzaminem z jedynej słusznej drogi, tylko narzędziem, które pomaga lepiej rozumieć rzeczywistość. A jeśli miałbym powiedzieć coś naprawdę na koniec: spokojnie. To wszystko da się poukładać – i zazwyczaj układa się lepiej, niż nam się wydaje na starcie.

Rozmawiała Barbara Kuklinska-Nowak


Dr Tomasz Rożek – fizyk i dziennikarz naukowy, popularyzator nauki oraz twórca projektu Nauka. To Lubię i założyciel Fundacji Nauka. To Lubię. W swoich materiałach (wideo, podcastach i artykułach) tłumaczy zjawiska naukowe przystępnym językiem; kieruje też działem naukowym tygodnika „Gość Niedzielny”. Jest doktorem nauk fizycznych, a studiował m.in. fizykę i dziennikarstwo na Uniwersytecie Śląskim. 
W 2022 roku został powołany do grupy doradczej Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) ds. ludzkiej 
i robotycznej eksploracji kosmosu (HLAG).

6 wyświetleń