Politechnika Gdańska logo

Pogromcy min z Politechniki Gdańskiej

Od pierwszych koncepcji inspirowanych zagranicznymi rozwiązaniami po systemy wykorzystywane na okrętach Marynarki Wojennej RP – historia Ukwiała, Morświna i Głuptaka pokazuje, jak długa jest droga od naukowego pomysłu do realnego zastosowania w siłach zbrojnych. Projekty rozwijane na Politechnice Gdańskiej stały się jednak przykładem konsekwentnego budowania krajowych kompetencji w obszarze technologii podwodnych i zwalczania min morskich. Dają też nadzieję, że jest możliwe skuteczne wdrażanie polskich rozwiązań przez siły zbrojne. 

 

Każdy rodzimy wynalazek, który z powodzeniem znajduje zastosowanie w polskiej myśli zbrojeniowej, jest na wagę złota. Niestety, z różnych – czasem mniej, czasem bardziej jasnych – względów Polska cały czas nie wykorzystuje swojego potencjału w tym obszarze. Dlatego tym bardziej cieszy historia morskich bezzałogowych systemów podwodnych do działań przeciwminowych, które zostały stworzone przez naukowców Politechniki Gdańskiej.

– Początki tego sposobu zwalczania min wiążą się prawdopodobnie z Francją. Francuzi opracowali pojazd PAP 104 – urządzenie przypominające dzisiejszego drona podwodnego. Ważyło około 
700 kilogramów i przenosiło mniej więcej 120 kilogramów materiału wybuchowego. W tamtym czasie zakładano, że właśnie tak duży ładunek jest potrzebny, aby doprowadzić do detonacji miny. Pojazd miał położyć go nie dalej niż około dwa metry od celu. Były to więc urządzenia duże, ale przez pewien czas stanowiły standard w NATO. Zbliżone rozwiązania pozostawały długo w eksploatacji, między innymi w Turcji – mówi dr hab. inż. Lech Rowiński, prof. PG z Zakładu Automatyki i Energetyki Morskiej Wydziału Inżynierii Mechanicznej i Okrętownictwa, i dodaje: – Mniej więcej w połowie lat osiemdziesiątych polska armia zaczęła rozpatrywać pozyskanie takiego systemu. Powstał krajowy projekt, ale obowiązywało wówczas podejście autarkiczne: wszystko mieliśmy wykonać sami, łącznie z każdym komponentem. Z obliczeń wynikało, że trzeba byłoby zatrudnić około 350 osób i zorganizować właściwie osobną fabrykę. System miał przenosić jeden albo dwa duże ładunki. Podczas oceny wyników projektu pojawiały się też uproszczone koncepcje, na przykład użycia bomb głębinowych do wywołania detonacji całego pola minowego, ale nie było to rozwiązanie realne ani precyzyjne. Ostatecznie tematu wtedy w Polsce nie kontynuowano.

Następnie, 10 lat później, już w latach dziewięćdziesiątych, naukowcy przedstawili koncepcję jednorazowego pojazdu do niszczenia min. Ostatecznie nie przełożyło się to na realizację, jednak gdańscy badacze pracowali dalej również nad cywilnymi zdalnie sterowanymi pojazdami, które miały służyć do obserwacji Bałtyku.

– Początkowo zainteresowanie było niewielkie, ale ówczesne Szefostwo Techniki Morskiej dostrzegło potencjał rozwiązania. Dzięki współpracy z Marynarką zgłosiliśmy projekt przystosowania naszego pojazdu do działań przeciwminowych. Ukwiał był pierwszym takim pojazdem opracowanym przez nas dla Marynarki Wojennej. Prace trwały mniej więcej od 1995 do 2000 roku, a następnie rozpoczęła się produkcja kolejnych pojazdów i całych systemów – wspomina prof. Lech Rowiński.

Mowa więc o systemie wielokrotnego użytku, który nie tylko obserwował, ale również mógł dostarczyć ładunek do strefy, w której znajdowała się mina, pozostawić go na miejscu, a następnie wrócić. Ładunek jest detonowany sygnałem akustycznym. Cały system znajduje się obecnie na wyposażeniu okrętów typu 207.

– Pod koniec wdrażania Ukwiała, około 1999 roku, w Marynarce Wojennej pojawiło się zainteresowanie pojazdem jednorazowego użytku. W 2000 roku rozpoczęto projekt celowy i powstał prototyp rozwiązania określanego roboczo jako samobieżny ładunek wybuchowy. Zasada jest taka, że okręt podchodzi na bezpieczną odległość od miny – rzędu kilkuset metrów – zatrzymuje się, a pojazd samodzielnie dopływa do celu i go niszczy. Na morzu 200 czy 250 metrów to nadal odległość bardzo bliska burcie; dopiero kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów można uznać za dużą odległość operacyjną. W kolejnych prototypach zmieniało się właściwie wszystko. Dobrym przykładem są akumulatory. Przeszliśmy przez kilka generacji: duże akumulatory kwasowo-ołowiowe, wersje hermetyczne, pierwotne ogniwa litowe, pierwsze akumulatory litowe i wreszcie współczesne akumulatory litowo-jonowe. Obecnie stosujemy przede wszystkim bezpieczniejsze ogniwa litowo-żelazowo-fosforanowe – zaznacza prof. Lech Rowiński.

Tak powstał system Głuptak, który pozwala na identyfikację i niszczenie min morskich na wodach o głębokości od 5 do 200 metrów. Pojazd jest przy tym detonowany wraz z obiektem. Obecnie system znajduje się na trzech niszczycielach min typu Kormoran II. Do pracy z przewoźnymi modułami przystosowano też wybrane okręty. Prof. Rowiński wskazuje, że wyprodukowano ponad 50 pojazdów.

– Klasyczny ładunek kumulacyjny, taki jak w granacie przeciwpancernym, potrzebuje pewnej przestrzeni przed wkładką, aby uformował się strumień kumulacyjny. Taki ładunek ma przebić pancerz. Przy minie nie chodzi jednak o zrobienie w niej otworu, lecz o doprowadzenie do detonacji materiału znajdującego się wewnątrz. Opracowaliśmy więc własny, krótki ładunek, który nie wymaga kilkudziesięciu centymetrów wolnej przestrzeni przed sobą i może być precyzyjnie wycelowany. Rozważaliśmy tak zwany ładunek mokry, niewymagający klasycznej obudowy ciśnieniowej, wkładany do pojazdu możliwie późno. To przede wszystkim kwestia transportu i logistyki. Dopóki materiał wybuchowy jest przewożony osobno, sam pojazd nie jest amunicją i nie wymaga specjalnego pojemnika transportowego ani wszystkich procedur właściwych dla przewozu broni. Na dużym okręcie, takim jak niszczyciel min typu Kormoran, można włożyć ładunek do pojazdu w warsztacie pokładowym. Mniejsze okręty nie mają takiego warsztatu, dlatego korzystają z przewoźnego, zamkniętego modułu z ramą, dźwigiem i wyposażeniem obsługowym. Moduł przywozi się z magazynu z uzbrojonymi pojazdami i mocuje na pokładzie przed zadaniem – tłumaczy prof. Rowiński.

Na uwagę zasługuje również rozwinięcie Ukwiału, jakim jest system Morświn, dysponujący większą mocą napędową. Zmiana wynikała z zapotrzebowania na wykorzystanie sprzętu w mniej sprzyjających warunkach. 

– Ukwiał jest zdalnie sterowany przez kabel o średnicy około 15 milimetrów. Przy niewielkim prądzie morskim pracuje dobrze, lecz prąd oddziałuje na całą długość kabla. Przy prędkości około pół metra na sekundę siła ciągnąca przewód staje się tak duża, że pojazd ma poważny problem z utrzymaniem pozycji. Na Bałtyku silne prądy występują rzadziej, ale po wejściu Polski do NATO okręty zaczęły działać również na Morzu Północnym, gdzie problem okazał się znacznie poważniejszy – dodaje prof. Lech Rowiński.

Wojna za naszą wschodnią granicą wyraźnie pokazuje wagę i znaczenie rodzimej produkcji systemów takich jak Ukwiał, Morświn czy Głuptak oraz nowoczesnych technologii, które powinny znajdować zastosowanie w siłach zbrojnych. Wymaga to jednak znaczącej poprawy współpracy ośrodków naukowych z wojskowymi ośrodkami decyzyjnymi oraz wspólnego myślenia strategicznego, opartego na realnych potrzebach i zmieniających się realiach wojennych.

– Wojna na Ukrainie powinna zmienić nasze myślenie o wykorzystaniu technologii, ale nie mam pewności, czy wyciągamy właściwe wnioski. Ukraina pokazuje skuteczność małych, rozproszonych 
i bezzałogowych środków przeciwko dużym okrętom. Tymczasem nadal dominuje myślenie o kolejnych korwetach i klasycznych jednostkach podwodnych. Na zamkniętym akwenie, takim jak Bałtyk, duże okręty są łatwe do wykrycia i rażenia z lądu lub z powietrza. Historia września 1939 roku również pokazuje, jak szybko lotnictwo może wyeliminować flotę pozostającą w bazach. Potrzebna jest szybsza adaptacja i poważne potraktowanie systemów bezzałogowych, a nie tylko powielanie dawnych koncepcji – pointuje prof. Lech Rowiński.

Piotr Kallalas

dziennikarz portalu Trójmiasto.pl 
zajmujący się tematyką naukową i systemem ochrony zdrowia